poniedziałek, 25 maja 2015

Adrenalina, piach i benzyna - "Mad Max: Na drodze gniewu".

Po ponad 30 latach reżyser George Miller powraca do świata Szalonego Maxa. Mela Gibsona zastępuje tym razem Tom Hardy, a towarzyszy mu zastęp młodych niewiast oraz waleczna Furiosa. Czy siedemdziesięcioletni reżyser stanął na wysokości zadania i dał nam film na miarę stworzonego trzy dekady temu uniwersum i oczywiście na miarę XXI wieku?

Odpowiedź może być tylko jedna - TAK. "Mad Max: Na drodze gniewu" to film doskonały w każdym calu. Fantastycznie zrealizowany, piękny wizualnie, z odpowiednią dozą fabuły, dialogów i akcją, która podnosi u widzów poziom adrenaliny. Reżyserowi udało się stworzyć nietuzinkowy, bogaty w szczegóły, postapokaliptyczny świat. Jego mitologia naprawdę robi wrażenie. Gdy po godzinie filmu widz siedzi w fotelu kinowym z przekonaniem, iż nic już go nie zaskoczy, wtedy opada mu szczęka, bo inaczej tego opisać się nie da.

W nowym "Mad Maxie" trafiamy do bliżej nieokreślonej przyszłości, w której świat zamienił się w jałową pustynię. Jego największym dobrodziejstwem są paliwo, woda oraz broń palna. Dowiadujemy się o istnieniu trzech "miast", przy czym każde z nich posiada tylko jeden ze wspomnianych zasobów. Okazję wymiany pomiędzy tymi lokacjami wykorzystuje wspomniana waleczna Furiosa (Charlize Theron), kierująca potężną cysterną pełną wody. Nieoczekiwanie w jej ucieczkę wplątuje się tytułowy Max Rockatansky (Tom Hardy). Tak oto rozpoczyna się szalona podróż, podczas której ważyć się będą losy niejednego ludzkiego życia.


Cholera, nowy Max naprawdę jest szalony. Wcielający się w niego Tom Hardy wypowiada podczas całego sensu dosłownie kilkanaście zdań. W wykreowanej przez niego postaci po prosto widać osobę szaloną, nastawioną wyłącznie na przetrwanie, a do tego prześladowaną przez tragiczną przeszłość. I co najciekawsze to nie Max jest tu czołową postacią, a partnerująca mu na ekranie Charlize Theron w jako Furiosa. Jest twarda i zdeterminowana. To tak naprawdę jej historia, ale o tym dowiecie się więcej w kinie.


Film George'a Millera już teraz zdaje się pretendować do dzieła kultowego. Takiego, które za kilka, bądź kilkanaście lat będziemy wspominać z nostalgią i uśmiechem na twarzy. "Na drodze gniewu" wygląda fenomenalnie i fakt, iż większą część tej filmowej rozpierduchy (bo jak to inaczej nazwać?) jest zasługą praktycznych efektów specjalnych, a nie zbyt mocno eksploatowanego ostatnimi laty CGI, wręcz zmusza do ogromnego podziwu. Chwała australijskiemu twórcy za to, że pomimo zaawansowanego wieku i przeciwności losu, nie poddał się i stworzył dla nas to arcydzieło kina rozrywkowego.
Advertisement

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz